wtorek, 18 czerwca 2013

Jak postanowiłem zostać grafomanem



Milion lat temu, czyli w okolicy 1997 roku, zdarzyło mi się popełnić pierwszy większy tekst, który szumnie nazwałem książką. Jak by tego nie nazywać, ma kilka rozdziałów i w ramach powrotu do przeszłości wrzucę to po jednym co jakiś czas. Pamiętajcie tylko, że pisząc to miałem 19 lat :) A, i wbrew wstępowi, nazmyślałem nieco więcej niż tylko troszkę :)
Zero edycji, wszystko tak, jak powstało w '97










H E P I    N I U    J E R



czyli




Z życia wzięte







Wstęp

Może to wyda się cokolwiek niewiarygodne, ale wszystko, co zostanie opowiedziane w tym (u)tworze, jest prawdą. No, może parę rzeczy będzie trochę przejaskrawione, ale zrobię to tylko aby uatrakcyjnić lekturę. Jest to autentyczna relacja z pierwszych 6-ciu dni roku 1996 jakie miałem okazję przeżyć. Opowiada on o „prawdziwej miłości” pojmowanej od strony kobiety. Nie powiem, żebym się cieszył z faktu przeżycia tych dni, ale cóż, co się stało, to się nie odstanie. To by było na tyle. Życzę dobrej zabawy i nie życzę podobnych przeżyć. Tak nawiasem mówiąc, bardzo źle pisze się wstępy, bo nie wiadomo, co tam wstawić.




Rozdział I

Akcje i reakcje


31.12.95/1.1.96

         Wszystko zaczęło się tak. Na Sylwka chciałem iść z moją młodą, Kaśką. Ona chciała iść ze mną, więc nie było problemu. W każdym razie tak mi się wydawało. Okazało się, że mamy dwa miejsca do wyboru: z moimi kumplami albo z jej. Zastanawiałem się, czy się przypadkiem nie potargać, żeby być tu i tu. Najchętniej bym dorwał tego, co powiedział, że od przybytku głowa nie boli. Musiałem przeprowadzić negocjacje z Kaśką i wyperswadować jej pomysł pójścia do jej znajomych. Co prawda to było trochę egoistyczne z mojej strony (o czym się zresztą momentalnie dowiedziałem), ale nigdy nie mówiłem, że nie jestem egoistą (zresztą pokażcie mi takiego, który nie jest). Wyłożyłem swoje stanowisko w tej sprawie i dostałem w mordę. Ach te kobiece argumenty... Po pewnym czasie nastąpiła druga runda rokowań. Tą również przegrałem i to z kretesem, powalony siłą i logiką słów mojej lubej. Jak zresztą mogłem cokolwiek zdziałać, gdy używano przeciw mnie najgorszych chwytów (np. wiesz co, ale jesteś) i trików typu „pójdziesz ze mną, albo się popłaczę”. Padały nawet propozycje w stylu: „zróbcie Sylwestra dzień wcześniej”. Nie chcę tego komentować, bo mi jej trochę szkoda. W końcu widząc, że moja nieegoistyczna bejbe nie ma ochoty iść ze mną do moich kumpli tylko do swoich, stwierdziłem, że ktoś musi zrezygnować, bo ten pat trwałby z dwieście lat. Niech mi jeszcze kiedyś jakaś kobieta powie, że myślę tylko o swoich potrzebach, to jej przydzwonię i to porządnie. Nie powiem, że kumple momentalnie obwołali mnie „pantoflarzem”. Odpowiem im cytatem z Dańca: „Cicho, Opole, bo nie wiecie o co chodzi”. A zresztą, mam was gdzieś - Autor. Ale do rzeczy. Gdy już udało się ustalić, gdzie się będziemy bawić, zacząłem się doszukiwać dobrych stron w takim obrocie sprawy. Stwierdziłem, że może nie będzie tak źle, w końcu znałem to towarzystwo i nawet ich lubiłem. Zresztą i tak nie miałem praktycznie wyboru.
Nadszedł wreszcie ten dzień. Przyjechałem do niej zaraz po obiedzie, bojąc się, że trafię na moment dobierania kreacji, ale udało mi się. Strój już został wybrany, co wprawiło mnie w wyśmienity humor (kto tego nie przeżył, nie wie o czym mówię). Po dwóch godzinach i herbacie zjawiła się część wiary i powoli szykowaliśmy się do wymarszu. Jeszcze tylko dokonaliśmy wyskoku po flaszkę i byliśmy gotowi. Kaśka zachowywała się jak śnięta ryba (zresztą nie pierwszy raz). Cholernie miłe uczucie dotykać takiego kawałka bezwładnego mięcha. W jakiś magiczny sposób gdy byliśmy z jej paką przestawałem dla niej istnieć. Rozmywałem się w powietrzu jak jakiś pieprzony Copperfield. Nie wiedziałem, że mam takie talenta. Chyba pomyślę nad występami w TV. No cóż, pomyślałem sobie, może jej minie tam, na imprezie. No i oczywiście nie minęło, gdyby minęło, nie pisałbym tej książki (to chyba zbyt odważne stwierdzenie o tym czymś).
Impreza zaczęła się bosko. W paręnaście minut osuszyliśmy trzy flaszki, na rozgrzewkę, jasna sprawa. Zaczynało mi się coraz bardziej podobać. Równolegle z naszą w tym domu odbywała się jeszcze jedna zabawa. Młodszy brat Gospodarza robił Sylwka dla swoich kumpli. Gnoje mieli lepsze party niż my. Wóda lała się tam nie gorzej niż u nas. Goście byli w porząsiu i machłem z nimi parę kolejek. Obiecałem, że wpadnę jeszcze i poszedłem do Kaśki, żeby nie poczuła się zaniedbana. Zastałem ją zagadaną z kumpelkami.
- Zatańczymy ?
- Mmm, zaczekaj chwilę...
- Hej, tylko raz - nie ustępowałem.
- Nie chce mi się - ona też nie miała zamiaru.
- Dajże spokój, ca tak będziesz siedzieć - byłem twardy.
- Nie chce mi się - ale trafiłem na fachowca w przetrzymywaniu.
- Pliz !!!
- Nie chce mi się.
- Pliz, pliz, pliz !!!
- No dobra, niech ci będzie.
 Zrobiła to w końcu chyba tylko po to, żeby mieć święty spokój. Ale nieważne intencje, ważne, co się dzieje. Więc tańczymy. W tym momencie zaczynają się pierwsze objawy burzy. Minęły dwa kawałki, śnięta ryba trochę się przebudziła, ale chyba tylko po to, żeby mnie wkurzyć. Uwaga, teraz następuje rzut okiem na sytuację w wykonaniu postronnego obserwatora. Cztery osoby siedzą przy stole, zajęte rozmową, po drugiej stronie pokoju, w odległości ok. 5 metrów tańczą dwie pary. Gra głośna muzyka, światło jest przyćmione (a właściwie zgaszone). W takiej to scenerii Kaśka zauważa:
- Chodź tam do nich, oni tam siedzą tacy smutni.
Przecieram oczy z niedowierzaniem, gdzie ona patrzy? Ja tu nie widzę nic takiego, ale może ja mam coś z wizją. Cóż, w końcu baby wiedzą lepiej. Wyraziłem na głos swoje zdanie (nie to o babach) i w zamian otrzymałem  spojrzenie typu „Ale Z Ciebie Jest Świnia”. Dolałem oliwy do ognia rzucając hasło:
- Kaśka, wolisz być ze mną czy z kumplami ?
If looks could kill... Zaprezentowała mi przykład urażonej kobiecej dumy i zaczęła ignorować mnie już nie na żarty. Powoli zaczynał mnie trafiać szlag, a że nie miałem ochoty się z nią kłócić (przynajmniej na tej imprezie), to starałem się ją przeprosić. Sprowadzało się to do tego, że musiałem stwierdzić, że zachowałem się głupio i moje pretensje były wyssane z palca. Zostało mi wybaczone (no, prawie). Myślałem, że udało mi się już załagodzić cały spór, ale to był tylko początek. Kobieta robi wszystko tak, jak by się rozbierała - najlepsze zostawia na koniec. Ponieważ okazało się, że Kaśka ma zamiar się nawalić a ja o tym zostałem poinformowany wcześniej. Gdybym ja o tym wiedział wcześniej, toby mnie tam nie było. Ale ona wiedziała lepiej i wiedziała, że ja kłamię że nie wiem, bo w rzeczywistości ja wiem i ona nie wie czemu ja nie chcę się przyznać, że też wiedziałem. Po około 2-3 godzinach przechodzenia od słów do czynów odprowadzałem ją już do klopa, żeby się wyrzygała. Nie będę już opisywał tych lotów i ślizgów po łazience, bo mnie pusty śmiech bierze, jak sobie przypomnę. Oczywiście jedyną korzyścią jaką miałem z jej obecności na tej imprezie (od czasu tych odlotów) był ubaw, gdy ją widziałem bladą, zaheftaną i zaprutą w imen. Najlepszym numerem był abordaż wanny głową  naprzód. Ale cóż ja miałem do gadania, jej świadomy wybór, niech sobie sama zbiera plony swojej decyzji. Dobrze, że to już było po północy i zabawa z leksza miała się ku końcowi. W każdym razie do końca bawiłem się wybornie, plątając się po domu, żrąc na umór pizzę, spożywając trunki silnie wyskokowe, wyciągając napieprzone dzieciaki na strych do spania i odprowadzając do domu niewiele  bardziej trzeźwe ósmoklasistki. Gdyby nie parę osób (przede wszystkim człowiek o kodzie U2) tobym się tam zesrał z nudów. Zastanawiałem się potem, czemu nie poszedłem w ślady Kaśki i nie zachlałem się tak jak ona i wyszło mi, że mi nie wypadało. Cóż, jednym wypada, innym nie, to jest już kwestia mentalności. Aha, zapomniałbym dodać, że jak wyszliśmy na rynek o północy, to dostałbym w pałę petardą (taką lecącą, tylko trochę niewłaściwie, bo poziomo), ale miałem fuksa i przeleciała obok mnie z jakieś 10 centów. Mniej szczęścia miała jakaś kobieta, którą takąż rakietką dostała w plecy i zaczął się jej trochę płaszczyk jarać. Niestety nic się jej nie stało, bo zaczął ją gasić jakiś debil. Klient nie miał chyba poczucia humoru. Ogólnie wyglądało to fajniście. Ale to było chyba moje jedyne szczęście na tej imprezie. Jak to się mówi, najważniejsze, to dobrze zacząć Nowy Rok. Amen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz