Nowy Daft Punk, czyli podróż 30 lat wstecz
UWAGA! Zaleca się zrobić sobie z albumu ścieżkę dźwiękową na czas czytania!
Trzeci raz przesłuchuję nowy album Daft Punk, "Random Access Memories". Płyta zbiera bardzo skrajne recenzje, od zachwytu po niemalże nienawiść. Fakt, jest całkiem inna niż to, co dotychczas nagrywał francuski duet. Już od pierwszego utworu można poczuć ten klimat, klimat lat 70-tych i 80-tych, klimat, który w ostatnich latach coraz śmielej pojawia się w muzyce - FUNKY!!! Żywe instrumenty brzmią świetnie: funkowa gra na gitarze, starożytnie stylizowane syntezatory (a może nie stylizowane, może to Moogi?) czy fajnie podkreślona perkusja.
I tak też otwiera się ten album, utworem "Give life back to music", podczas którego już na starcie chciało mi się pokrzykiwać "Freak out" (kultowy funky song)! Cały czas prowadzi mnie gitara, cały czas mam wrażenie odsłuchiwania odgrzebanego gdzieś winyla, pozostawionego w starej szafie przez rodziców. Tylko syntetyzowany wokal zawiera sugestię, że skądś go znamy, że pochodzi z innych czasów niż linia melodyczna.
Drugi numer wcale nie zaciera tego wrażenia, wręcz przeciwnie, stanowi kontynuację klimatu, zwalniając nieco liczbę bitów na minutę. Ciągle jednak kołacze się po głowie hasło, czy to na pewno Daft Punk? Jeśli tak, to co im się stało? Jak daleko to leży od choćby "Homework"?
Nieco starego syntetycznego DP można usłyszeć w trzecim utworze, "Giorgio", choć i tam nie obeszło się bez naturalnie brzmiącej perkusji, bardzo przyjemnie uzupełniającej ją linii basu oraz pobrzękującej gitary. Ale znów dzieje się to samo, co towarzyszy mi od początku albumu, znów ręce same zaczynają wykonywać dziwne ruchy, znów nogi sugerują, żeby się poruszać, że to fajne, że kipiące energią. Daaawno temu był sobie taki techniawkowy utwór "Let the rhytm take control" - on co prawda kontroli nie przejmował, oddaje za to tytułem to, co dzieje się ze mną pod wpływem tego albumu. Cały czas, od pierwszego momentu poruszam się w jego takt, cały czas robię to, co panowie z DP sobie zaplanowali - dobrze się bawię! Do tego moje ciało właściwie cały czas się porusza, podryguje, dopasowuje do tempa tego albumu. Znaczy - przejęte zostało przez funky rytm :)
Nieco zbyt duże spowolnienie czeka na mnie w czwartym utworze, "Within". Tu, wespół z Gonzalesem (czy to TEN Gonzales, ten od pianina? Chyba tak, gość dobrą już chwilę mieszka w Paryżu, do tego bardzo bardzo podkreślone jest w nim pianino), grają przyjemną, ale zbyt - jak na Daft Punk i moje oczekiwania - wolną muzyczkę. I znów jedynie filtrowany wokal mówi, czyj to album. Póki co jednak - najsłabszy utwór na płycie. Za to później wracamy na pierwotne tory - przesterowany wokal, znajome instrumentarium, i rytm, rytm taki, że znów odrywają mi się nogi, znów chce mi się śmignąć na dancefloor, choć wcale a wcale nie umiem i nie lubię tańczyć. Piątka, "Instant crush" trzyma się stylistyki, szału na tle reszty może nie robiąc, przekonany jednak jestem, że rozruszałaby dowolną imprezę.
A potem, potem jest coraz lepiej. Bo następuje "Lose yourself to dance". Po raz pierwszy (i na szczęście nie ostatni!) melduje się falset Pharrella Williamsa, którego sobie bardzo cenię i szanuję za wokal i styl muzyczny. Sprawdza się tu wybornie, jakby funky było jedyną rzeczą, jaką w życiu wykonywał.
Pisałem wcześniej na temat najsłabszego utworu, prawda? Uwaga, jest kolejna nominacja. Utwór numer 7, "Touch". Fragment psychodelicznej gadki z początku dość dobrze go opisuje: I need somethig mooore!!! Potem nuda z dość przeciętnym, nie podchodzącym mi wokalem. Jest w nim za to jedna naprawdę świetna rzecz, jak się już skończy, słyszymy pierwszy singiel, czyli "Get Lucky" . Grają od morza do Tatr, od Eremefefefe po Roxy. Nic to jednak, booo. Booo... Bo jest to absolutnie najlepszy kawałek na płycie, fenomenalnie zaśpiewany, genialnie zagrany, wspaniale rytmiczny. Czaruje, wykręca, skręca, faluje, domaga się ruchu, żąda powtarzania w koło refrenu: We're up all night to get lucky... To się nie chce odczepić, to jest ze mną wszędzie! Nucę w pracy, krzyczę razem z nimi w samochodzie. Przed zaśnięciem, po przebudzeniu. CAŁY CZAS :) I Pharrell, po raz drugi na albumie, tym razem śpiewający nieco niżej, znów jednak tak, jakby w funky wyrósł, jakby od dziecka było mu najbliżej do tych klimatów. Lepiej pierwszego singla wybrać nie można było. Chcę słuchać dalej, chcę pisać o swoich wrażeniach, nie dam rady. Wracam i wracam, słucham czwarty raz z rzędu. Ruszam się oczywiście nadal, funky beat przejmuje myśli i ciało, cały czas I'm getting lucky. Dość, dość zapętleń, trzeba iść dalej, płyta się przecież nie kończy. No, jeszcze z raz, może dwa. To naprawdę magnetyczny utwór, ciekaw jestem, czy będzie tak samo wchodził za pół roku (w tym pół roku grania przez Eremefefefe, które potrafi zohydzić najlepsze songi) - mam nadzieję, że tak.
Lećmy, zwłaszcza, że "dziewiątka" zaczyna się filmowo. Tytuł też jakoś tak pachnie - "Beyond". I znów: żywe instrumenty, syntetyczny wokal i sporo ciekawie wybrzmiewających elektronicznych dźwięków. Bardzo przyjemna melodia, dosyć spokojne tempo, nie mam jednak pewności, czy uda się ten utwór wbić w pamięć na dłużej. Ale - żeby nie było, że marudzę - dobre. Przyjemne i dobre. Po prostu jakoś tak przechodzi obok. Może dlatego, że DP zastosowało tu bardzo oszczędny wokal, jak rzadko na tym albumie, w sumie - dosyć surowo. Szybko (jak, skoro utwór ma niemal 5 minut? Chyba jednak wszedł mi bardziej niż myślałem) przeszedłem do numeru dziesiątego, "Motherboard". No, tym razem musi być komputerowo, musi być cyfrowo i Daftpunkowo. Jest? Jeest! Czysta forma, ciekawe przejścia i efekty w okolicy 3-4 minuty i następująca po nich zmiana klimatu to to, co najbardziej lubię w muzyce elektronicznej. Choć i tu nie obeszło się bez atrakcji, w tle słyszę jakoweś fujarki (?!), w przejściu słychać deszcz i burzę (lub elektroniczne coś jak to). Bardzo przyjemny utwór, do tego zupełnie bez wokali - pierwszy raz na albumie! To chyba nieco dziwne, że trzeba czekać aż do kawałka numer 10 na płycie Daft Punk, żeby nie usłyszeć wokali! Ależ klimat w tym jest, to przyjemne z początku brzdąkanie przechodzi w niepokojący sposób w zupełnie inne dźwięki, dużo bardziej niepokojące i ostatnie 1,5 minuty spędzamy już w nieco innym klimacie. Nie wiem, czy będę bliżej "prawdziwego" ducha Daft Punk na tym albumie, niż teraz, zbyt wielu szans na to już nie zostało.
No cóż, z pewnością nie stanie się to w kawałku numer 11, "Fragments of Time". Znów wraca wokal, znów wraca stylizowana na "eighties" linia melodyczna, tym razem raz zwalnia, raz przyspiesza. Znów mi w głowie mącą przesterowane dźwięki i wokale. Fragment tekstu z refrenu chyba dobrze oddaje to, o co tu chodzi: "I just keep playing back these fragments of time". Przyznam, że dla mnie to brzmi jak geneza tego albumu, jakby autorzy chcieli tu wyjaśnić, skąd pomysł na płytę.
Szybko, wręcz w sposób nieskoordynowany, następuje przeskok do kolejnego numeru, "Doin' it Right". DP wspiera tu Panda Bear, ciekawe kto zacz :) Nic kompletnie mi to nie mówi, trzeba obadać. W końcu nie co dzień jakaś Panda pogrywa z gigantami elektroniki. Wiki podpowiada, że człowiek ten jest członkiem kapeli Animal Collective. Co ma w gruncie rzeczy sens przy jego nicku :) Sam utwór różni się znów dość znacznie od poprzedniego, jest też nieco niespójny z całym albumem. Wchodzący czysty wokal kojarzy mi się natychmiast ze Stingiem - tak, wiem, przesadzam, ale tak mi to wybrzmiało w pierwszej chwili i już zostało w głowie. Nie nazwałbym go najsłabszym utworem tutaj, ale jakimś sposobem najmniej mnie przekonuje, jest nieco pomieszany i dość specyficzny. Wolałbym coś bardziej charakternego pod koniec płyty. A do tego ten wokal zupełnie nie gra z tłem!
I znów, bez specjalnych ceregieli, muzyka przeskakuje do następnego numeru. "Contact" z dodatkiem DJ Falcon'a. Ten wydaje się zaczynać elektroniczno-klasycznie, słyszymy rozmowy niczym kosmonautów z Ziemią, w tle pojawiają się lekko Space'owe klimaty, trochę Koto, trochę Jarre'a (ktoś jeszcze pamięta?). I nagle rośnie tempo, nagle mamy perkusję (żywą? aparat?), mamy przesterowane dźwięki, mamy nakładające się (fajnie!) ścieżki. Ale, i to ogromne ALE, chwilę przed czwartą minutą autorzy (a może ten cały Falcon?) wpadli na pomysł nałożenia rozpędzającego się dźwięku, bo ja wiem, silnika odrzutowego? W każdym razie jest to okrutnie przesterowane, przeraźliwie drażniące i do tego trwa i trwa i trwa, aż palec ma ochotę wcisnąć neeeext!. Tyle że żadnego next tu nie ma, tym utworem kończy się "Random Access Memories". Kończy się kiepsko, fatalnie i do tego idiotycznie. Nie wiem na co komu ten przester, skąd się wziął i w czyjej głowie zalągł. Zwłaszcza że do momentu pojawienia się go jest dobrze, jest żywo i energetycznie, jest bardzo Daftpunkowo. Szkoda, duża szkoda. Pozostaje liczyć na jakiś trzyminutowy radio edit, bez tych upiornych hałasów.
Tym sposobem dotarłem do końca albumu. Albumu, na którym jest trzynaście utworów. Do trzech się przyczepiłem, pozostałych dziesięć podoba mi się trochę, całkiem całkiem oraz bardzo. To chyba dobra proporcja, zwłaszcza że ostatnimi czasy artyści niespecjalnie szanują nas słuchaczy i z reguły proporcje wyglądają odwrotnie - 3, max 4 utwory na płycie robią wrażenie, reszta brzmi jak upchnięta na siłę i bez koncepcji. Jak ją ocenić jako całość, zwłaszcza w kontekście brzmieniowej rewolucji, jaką nam zafundowali Francuzi? Ja oceniam bardzo dobrze, dla mnie to album na pięć w szkolnej skali. Faktem jest, że zdołałem się przez ostatnie kilka lat przyzwyczaić do tego, że stare brzmienia wracają z nową siłą, że twórcy coraz chętniej sięgają do niesamowicie rytmicznej i energetycznej muzyki funky i disco z lat 60, 70 i 80-tych. Posłuchajcie np. The KDMS (w połowie polska ekipa nota bene), Yelle i wielu, wielu innych. Wg mnie Daft Punk tylko przykłada swój znak jakości do tego trendu, podbijając jego popularność. Zobaczycie, kolejny płyta Madonny bedzie funkowo-discowa jak piekło :) Problem w tym, że jak lubię Madonnę, tak uważam, że straciła ona nosa do trendów i zamiast je kreować, zamyka je. Zwróćcie uwagę choćby na producentów jej ostatnich płyt: Timbalanda nikt już nie chciał słuchać z tymi jego basidłami i śmiesznym zaśpiewem - wicked wicked? A oddała mu produkcję niemal całej "Hard Candy". Ile lat zdążyło upłynąć, odkąd gość był naprawdę świeży? Dla mnie tylko u Nelly Furtado, później cały czas brzmiał jak kolejna podróbka samego siebie, z tymi samymi ogranymi sztuczkami. Przy ostatniej płycie, "MDNA", gmerał David Guetta, zachwycający już co najwyżej Niemców na Ibizie. Co ciekawe, przy każdej z wymienionych pracował też Pharrell Williams, nieodmiennie kojarzący mi się z rzeczami dobrymi.
Podsumowując tą nieco przydługą recenzję, wydaje się mi, że Daft Punk uznał, że ma już taką pozycję na rynku, że mogą sobie spokojnie pozwolić na wycieczkę w inną stylistykę, że fani pójdą za nimi tak czy inaczej. Z przeczytanych i usłyszanych opinii można się dowiedzieć, że nie do końca. Z pewnością przysporzy im za to ten album fanów zupełnie nowych, już choćby z samego faktu pojawiania się w ultrakomercyjnych stacjach. Pytanie tylko, czy są na to gotowi sami Daft Punk, tak jak niespecjalnie na swój komercyjny sukces gotowy był Cee Lo Green - gość nie przewidział, że dość mocno alternatywne "Fuck you" ("Forget You" w wersji grzecznej) stanie się mainstreamem muzyki pop. Ja w każdym razie jestem albumem "Random Access Memories" najzwyczajniej zachwycony i słucham go tak często, że boję się, że się nim zamęczę. Ale póki co mi to nie grozi...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz